Brak produktów w koszyku.
Nie jest to żadna lokalna legenda, ale fakt, w dodatku dokładnie zbadany przez naukowców. Jakkolwiek dziwnie to brzmi, latem 1926 roku jezioro Tobellus Mały dosłownie eksplodowało. Po wybuchu miejsce tafli wody zajęła błotnista maź, dzięki czemu zbiornik wyglądał, jak wywrócony na lewą stronę (i szybko zyskał miano „odwróconego jeziora”). Co właściwie tam zaszło?
Pewnie kosmici!
Jezioro Tobellus Mały mieści się we wsi Stańczyki zlokalizowanej na południowym krańcu Parku Krajobrazowego Puszczy Rominckiej. Mieści się – bo po paru tygodniach od wybuchu woda wróciła na swoje miejsce. Niedaleko znajduje się zresztą drugi, większy zbiornik, zwany – a jakże – Tobellus Duży.
Wróćmy jednak do meritum. W czerwcu 1926 roku nad okolicą przetoczyła się gwałtowna burza z piorunami. Kiedy wydawało się, że nawałnica ma się ku końcowi, mieszkańcy wioski usłyszeli głośny huk przypominający detonację ładunku wybuchowego. Zaniepokojeni wyszli z domów i zobaczyli, że jezioro… znikło. Jego miejsce zajęła gruba warstwa błota. Taki stan utrzymywał się przez kilka tygodni. Dopiero po około 2 miesiącach osad ustabilizował się na tyle, by znów dało się zobaczyć wodę.
Zjawisko było na tyle nietypowe, że zainteresowali się nim naukowcy z uniwersytetu w Królewcu. Przybyli na miejsce, zbadali, pomierzyli… i wysnuli ciekawe wnioski. Niestety nie dotyczyły one kosmitów.
Dlaczego jezioro wybuchło?
Jak ustalili uczeni, w rejonie jeziora Tobellus Mały doszło do ciekawej kombinacji czynników geologicznych, meteorologicznych i biologicznych. Zacznijmy od początku, czyli od geologii.
Najpierw przez okolice przetoczył się lądolód. Potem stopniał, tworząc jeziora polodowcowe (m. in. Tobellus Mały). Przez całe wieki na dnie zbierały się osady organiczne, a na nich z czasem utworzyła się solidna warstwa torfu. Gnijąca pod torfem materia wydzielała metan, który, nie mając ujścia, pozostawał tam uwięziony. Do czasu.
W czerwcu 1926 roku podczas nawałnicy ciśnienie atmosferyczne było wyjątkowo niskie, co osłabiło napór torfu na zebrany poniżej gaz. Metan (pamiętajmy, że to gaz łatwopalny) zaczął się rozprężać i znalazł w końcu ujście. Wtedy wystarczył już jeden piorun, by doszło do eksplozji, która niczym gejzer wyrzuciła osady denne w powietrze. Całość opadła potem do wody, mieszając się z nią i tworząc gęstą, błotnistą breję.
Dzisiaj jeziorko wygląda tak, jak przed eksplozją: niepozornie i spokojnie. Jeśli przypadkiem odwiedzicie rejon Puszczy Rominckiej, szukajcie go w okolicy wiaduktu w Stańczykach.

