W żeglowaniu, zwłaszcza morskim, w cenie są nie tylko porady czysto nautyczne. Wacław Sałaban, który próbował już wszystkiego i to na jachtach o najróżniejszych długościach, w towarzystwie i bez towarzystwa – podzieli się dziś z Czytelnikami SSI swoimi doświadczeniami w dziedzinie, w której już tylko Zbigniew Klimczak może być koreferentem.
A kapitan-kuk Krzysztof Baranowski? Och, to było już tak dawno :-))) Kto by mu dziś pozwolił wejść do kambuza? Chyba, że do przecięcia wstęgi.
Za moich młodych lat, gdy kapitanowie mawiali – kuk nie człowiek, Wacław postanowił – co rok to stopień!
Żyjcie wiecznie!
Don Jorge
Wprowadzenie.
Dawno temu, gdy zostałem zaokrętowany do ośmioosobowej załogi na rejs pełnomorski (mój pierwszy), jako II of. „z urzędu”, w pierwszy dzień objąłem funkcję kuka. 24h później, po zdaniu kambuza, wytaczając się z jego czeluści na pokład, bezczelnie wykrzyknąłem: „co rok to stopień”. Była to deklaracja w owych czasach zatrważająca. Ta motywacja do wyzbycia się roli kuka na jachcie doprowadziła, że 3 sezony później „papier na pierwszego po Bogu” na jakiś czas usunął mnie trwale z kambuza. Do czasu 🙂 Do czasów pływania swobodnego tzn. „z kim chcę, dokąd chcę, kiedy chcę i na swoim chcę”. Wtedy kambuz ponownie się dla mnie „otworzył”.
Samo przygotowywanie posiłków (w moim przypadku nie mylić z przyrządzaniem), nie jest przykrym utrapieniem, gdyż jako z natury „drapieżnik” chcę: byle szybko, byle dużo i do wypęku. Świadomość głodu, buzujące soki trawienne, ślinotok, zapach żarcia oraz pożeranie oczyma, robią swoje skutecznie i samo przygotowanie strawy szybko ustępuje „delektowaniu się”, w błyskawicznym i łapczywym połykaniu z popijaniu, czyli żarciu.
Po…, jest już zdecydowanie gorzej. Pełen brzuch (bo było do wypęku!), wzrost poziomu cukru (+/- 200), ospałość (po walce z żarciem), znużenie zapachami kulinarnymi (przechodzącymi w zlewozmywakowe), kanapowy stan bezruchu (bo żołądek tyra), a przed oczyma (z opadającymi powiekami) STERTA BRUDNYCH GARÓW! I w podświadomości utrwalona NIEZŁOMNA zasada z morza – nie odkładaj na później!!!
Mycie garów należy do grupy tych najmniej mnie inspirujących czynności na jachcie. I nigdy w jego trakcie, nie potrafię doszukać się filozofii egzystencji. Na szczęście, zawsze ciągnęło mnie do prób pływania solo. Poznanie i doświadczenie tej formy uprawiania żeglarstwa, poza doznaniami górnolotnymi, przede wszystkim zainspirowało mnie do zoptymalizowania problemu brudnych garów na jachcie. Poniżej moje zebrane przemyślenia, zasady i metody.
- Po pierwsze: NIE brudzić naczyń.
- Po drugie: ustalić, co to jest „brudne naczynie”.
- Po trzecie: ustalić sensowną kolejność dań, których technologia zachowuje ich czystość przez kolejne przygotowywania posiłków.
- Po czwarte: zjadać wszystko „do końca”. Odpadki brudzą gary. Wyjątkiem od tej zasady może być kocioł bigosu t.j. 3x dziennie przez tydzień = spora oszczędność na myciu gara!
- Po piąte: pływać solo. Tylko jeden użytkownik naczyń.
- Po szóste: jeść z gara. Całkowicie zastąpić talerz patelnią/garnkiem (talerze i chochla stają się bezużyteczne i stale czyste, czyli za burtę), salaterkę deską do krojenia, filiżankę kubkiem, itd.
- Po siódme (ważne): gary brudzi wszelkiego rodzaju przypalenie potrawy. Temu zapobiega duża ilość tłuszczu lub wody. Won z dietetyką w tracie rejsu.
- Po ósme: im mniej garów, tym mniej się brudzą!
- Po dziewiąte: używanie gara co posiłek, skutecznie ogranicza jego zarastanie i obrastanie (brudem).
- Po dziesiąte: z diety należy bezwzględnie usunąć kisiele, budynie i kakao!
- Po jedenaste: wszelkie kieliszki dezynfekuje alkohol. Dają się zastąpić szklanką w cyklu przed herbatą.
- Po dwunaste: opakowanie to też NACZYNIE!!!
- Po trzynaste: ?
![]() Z kim chcę, kiedy chcę, dokąd chcę, na swoim chcę! |
Z Francuzami nie pływałem. Pływałem z Mieszkańcami (od wielu lat) Francji. Wtedy sprytnie wykorzystałem glejt na bycie „pierwszym po Bogu” (mimo że 100% załogi – 4 osoby, też taki glejt miały) 🙂
Metody mycia garów przez trałowanie nie stosuję. Buntuje się we mnie… rysa regatowca. Inną sprawą jest to, że często metoda przez trałowanie zamienia się w metodę: „mycie okien przez ich wybijanie”.
Tym, którzy podpowiedzą: „po n-te: jeść w knajpie! Stosować catering!”, przypomnę: jeszcze (i na szczęście) na morzu ich nie ma. Podobno w poprzednich wiekach zimą na Bałtyku stawiano karczmy na lodzie(?). Ale to dla bojerowców i jak Szorstkie Morze zamarznie 🙂
Pobite Gary,
ws
[właśnie siorbię kawę ze szklanki po herbacie]
————————————–
PS. Im dłużej i despotyczniej obstaję przy tych zasadach, tym częściej pływam solo… To jest też metoda!
Po piąte.
🙂



