Brak produktów w koszyku.
W 1984 roku islandzki rybak Guðlaugur Friðþórsson zadziwił świat – przede wszystkim świat nauki. Przez 6 godzin płynął w wodzie o temperaturze 5 stopni Celsjusza, a potem jeszcze przespacerował się po szkliwie wulkanicznym. Na koniec jakby nigdy nic zapukał do czyjegoś domu, prosząc o szklankę wody i ratunek dla kolegów. Nigdy nie uważał, że dokonał czegoś niezwykłego.
Katastrofa na oceanie
W marcu 1984 roku Guðlaugur wraz z czterema innymi rybakami prowadził połowy u wybrzeży wysp Vestmannaeyjar. Pogoda była kiepska. W pewnym momencie kuter, którym płynęli, wywrócił się dnem do góry, a rybacy wpadli do lodowatej wody. W temperaturze 5 stopni Celsjusza (a tyle miał wówczas ocean), człowiek traci przytomność po kilkunastu minutach, a niedługo potem umiera z wychłodzenia.
Trzej mężczyźni utonęli niemal natychmiast, ale nasz bohater i kapitan kutra zdołali wspiąć się na stępkę. Niewiele to dało – jednostka bardzo szybko pogrążyła się w morzu. Obaj zaczęli więc płynąć wpław do brzegu oddalonego o kilka kilometrów. Kapitan nie dał rady – ale Guðlaugur owszem.
Spacerek po zastygłej lawie
Guðlaugur nie wiedział, co się stało z jego kolegami, stracił też z oczu kapitana – ale płynął wytrwale. Chociaż był ubrany tylko w koszulę, sweter i jeansy, przetrwał w lodowatej wodzie i zdołał dotrzeć do wyspy Heimaey. Zajęło mu to sześć godzin. Jak wspominał, aby nie oszaleć, rozmawiał z szybującymi nad nim mewami.
Dopłyniecie do wyspy nie było jednak końcem udręki – strome wulkaniczne klify uniemożliwiały mu wspięcie się na górę. Guðlaugur musiał płynąć jeszcze kawałek dalej, aż udało mu się znaleźć miejsce na tyle łagodne, byt mógł wydostać się na brzeg.
Potem było już, można powiedzieć, z górki: od cywilizacji oddzielał go jedynie szeroki pas zastygłej lawy. Kolejne 3 godziny spędził więc maszerując boso po ostrym szkliwie wulkanicznym. Na szczęście (?) temperatura powietrza oscylowała w okolicy zera, co do pewnego stopnia ograniczało krwawienie. W końcu dotarł do małego miasteczka. Zapukał do pierwszego domu z brzegu, poprosił o ratunek dla kolegów (nie wiedział, że nie przeżyli) oraz o szklankę wody dla siebie.
Szok w świecie nauki
Oczywiście nasz bohater został zabrany do szpitala – a zajmujący się nim lekarze dosłownie nie mogli uwierzyć w jego wyczyn. Guðlaugur powinien po prostu nie przeżyć, tymczasem jedyne, co mu dolegało, to odwodnienie i poranione stopy. Uczeni z Islandii i UK zaczęli więc badać, jak to możliwe – i doszli do bardzo ciekawych wniosków. Okazało się, że Guðlaugur jest… w zasadzie mutantem, a przynajmniej ciekawą anomalią. Od zwykłego zjadacza chleba odróżniały go dwie rzeczy:
- Wyjątkowo gruba tkanka tłuszczowa – miała 14 mm, czyli trzy razy więcej niż powinna, a przy tym była znacznie gęstsza. W efekcie zadziałała jak pianka neoprenowa i ochroniła narządy wewnętrzne Guðlaugura.
- Odporność na dreszcze. W lodowatej wodzie ludzkie ciało mimowolnie im ulega, co z założenia ma zapobiegać wychłodzeniu, jednak na dłuższą metę jedynie pochłania resztki energii. Guðlaugur nie miał dreszczy – i dlatego przetrwał.
Zyskał za to sławę „człowieka-foki”, która zupełnie go nie cieszyła. Do końca życia pozostał skromnym rybakiem, chociaż naznaczony piętnem tragedii swoich kolegów, wielokrotnie uczestniczył w ulepszaniu systemów ratownictwa morskiego.

