Brak produktów w koszyku.
Zanim odpowiemy na to pytanie, warto postawić inne: skąd założenie, że bez Amerykanów? Zdaniem Francuzów, taki scenariusz jest całkiem prawdopodobny (może dlatego, że Trump nie lubi się z Macronem i szydzi z jego okularów?). Mimo wszystko analitycy znad Loary usiedli nad mapą Europy i zaczęli się zastanawiać, jak mogłaby wyglądać taka obrona. Do jakich wniosków doszli?
Kto będzie bronił Bałtyku?
Warto podkreślić, że poniższe rozważania są czysto teoretyczne. Stratedzy muszą jednak brać pod uwagę różne scenariusze, choćby po to, by w razie kłopotów dysponować już gotowymi procedurami, zamiast wymyślać je na bieżąco.
Jak czytamy na portalu Defence24: „W europejskim planowaniu obronnym i operacyjnym przyjmuje się już scenariusze zakładające niemal pełną samodzielność Europy i brak bezpośredniego udziału USA, również w obronie Morza Bałtyckiego”. Takie poglądy mają wyznawać nie tylko specjaliści z Francji, ale też z innych krajów zachodnich i nordyckich.
Wynika ono z faktu, że USA – chociaż są największym i najważniejszym członkiem NATO – w niektórych dziedzinach nie mają z Europą wspólnych celów. Pod względem ekonomicznym i gospodarczym, a poniekąd również militarnym, interesy Amerykanów i Europejczyków są rozbieżne, żeby nie powiedzieć: sprzeczne. Trzeba więc założyć, że w razie ewentualnego konfliktu zbrojnego na Bałtyku będą wspierać sojuszników w inny sposób niż militarny.
Dlaczego wojna miałaby się zacząć na Bałtyku?
Francuscy specjaliści uznali, że Bałtyk jest jednym z najbardziej prawdopodobnych teatrów działań wojennych, i to z kilku powodów:
- To właśnie tam krzyżują się ważne szlaki komunikacyjne.
- Jest tam wyjątkowo dużo infrastruktury krytycznej, która aż się prosi o kolejne „awarie”.
- Bałtyk to akwen, do którego dostęp ma „lądowy lotniskowiec”, jak bywa nazywana rosyjska eksklawa. Można stamtąd skutecznie prowadzić ostrzał rakietowy, a ponadto stanowi on bazę dla bezzałogowców i okrętów (również podwodnych).
Zdaniem francuskich analityków, w zakresie obrony Bałtyku Europejczycy muszą polegać na własnych zdolnościach. Własnych – ale niekoniecznie równo zaangażowanych. Jak czytamy na wspomnianym wyżej portalu: „ciężar działań spoczywa na państwach frontowych wspieranych przez największe armie Europy Zachodniej, tj. Francję, Włochy, Hiszpanię i Wielką Brytanię”. Francuzi i Brytyjczycy już nas kiedyś wspierali… Włosi z kolei grali wtedy w przeciwnej drużynie (i bardzo dobrze – ich niezorganizowanie skutecznie opóźniło działania Niemców).
Czy francuscy analitycy powiedzieli coś rewolucyjnego? Nieszczególnie. Ich tezy współgrają też z deklaracjami Donalda Trumpa, który naciska, by Europa sama odpowiadała za swoje bezpieczeństwo. Inna sprawa, że prezydent USA lubi coś powiedzieć, i zaraz potem się wycofać. Nie bez znaczenia jest też fakt, że swoje interesy w Europie (i w Polsce) mają Chiny. Nie po to uruchomili właśnie nowy szlak handlowy kończący się w Gdyni, by teraz ktoś krzyżował im plany.

