Brak produktów w koszyku.
Co ważne, na razie taki zakaz wprowadziła jedna linia promowa, a dotyczy on również aut z napędem hybrydowym oraz wodorowym. Z czego on wynika? A może jest tylko spiskiem wyznawców diesla lub zemstą zwolenników samochodów spalinowych, mających już dość słuchania o zaletach „elektryków”?
O to tu chodzi?
Tak naprawdę konflikt pomiędzy rozwiązaniami ekologicznymi i nieekologicznymi wcale nie ma podłoża ideologicznego. Każdy myślący człowiek z pewnością zgodzi się, że lepiej jest chronić przyrodę, niż ją niszczyć.
Sęk w tym, że pomysły na tę ochronę bywają bardziej lub mniej przemyślane. A kiedy w grę włączą się naprawdę duże pieniądze, może być już tylko gorzej… i wojenka kwitnie. Do tego dochodzi oczywiście prawdziwa wojna, która mocno namieszała na rynku energetycznym i sprawiła, że prąd w dużej mierze znów produkujemy z węgla. A wpięcie „elektryka” do gniazdka w sytuacji, gdy na drugim końcu kabla znajduje się elektrownia węglowa, całkowicie niweczy ideę czystego transportu.
Załóżmy jednak, że to stan przejściowy i że w niedalekiej przyszłości będziemy mogli pozyskiwać czysty prąd. Przyjrzymy się więc temu, dlaczego uznano, iż elektryczny samochód może stanowić jakieś zagrożenie na wodzie.
Strefa… brudnego transportu?
W różnych miastach na świecie powstają ostatnio tak zwane strefy czystego transportu, do których wjechać mogą jedynie samochody „elektryki”. OK, jeszcze wózki dziecięce, hulajnogi i rowery. Mieszkańcy oddychają z wyraźną ulgą, miłośnicy paliw płynnych z nieco mniejszą, ale wszyscy mają czyste powietrze. Jest więc bonus.
Okazuje się jednak, że Norwegowie przez przypadek utworzyli strefy przeciwne. Norweska linia promowa Havila Kysruten, będąca częścią Havila Group, jako pierwsza ogłosiła, że nie będzie wpuszczać na swoje statki pojazdów o napędzie elektrycznym, hybrydowym, czy wodorowym. Skąd taka decyzja?
Krótko mówiąc, z ostrożności: analizy zlecone zewnętrznej firmie Proactima wykazały jednoznacznie, że pożar takiego samochodu byłby niezmiernie trudny, a wręcz niemożliwy do ugaszenia, co oczywiście stanowi zagrożenie zarówno dla samej jednostki, jak i dla przebywających na niej ludzi.
Pożary elektryków – dlaczego są tak groźne?
Rok temu pisaliśmy o pożarze na pokładzie statku Felicity Ace przewożącego luksusowe samochody. Mimo iż nie ustalono, co było przyczyną wybuchu ognia, gaszenie go okazało się niezwykle trudne z uwagi na fakt, że część pojazdów to były elektryki. Baterie tych samochodów groziły wybuchem, wskutek czego akcję prowadzono bez wchodzenia na pokład, a w gaszenie musiała włączyć się marynarka wojenna. Straty w samym tylko ładunku oszacowano na ponad 250 milionów dolarów.
W Polsce zeszłym tygodniu miał miejsce mniej spektakularny pożar: zapalił się samochód elektryczny i udało się go ugasić… po zaledwie 21 godzinach. Przypomnijmy – mowa o jednym pojeździe. Osobowym. Można zrozumieć przewoźników promowych chcących uniknąć takich akcji na swoich statkach.
Czy benzyniaki i diesle nie płoną?
Oczywiście, że płoną. Z badania wykonanego przez Air Quality News wynika, iż w Wielkiej Brytanii w 2019 roku miały miejsce 54 pożary aut elektrycznych i 1989 aut spalinowych. Oczywiście tych drugich jest na ulicach więcej, ale i tak „elektryki” wydają się stosunkowo bezpieczne.
Problem zaczyna się wtedy, kiedy cokolwiek naruszy ich baterie. Są one trudne do ugaszenia, ponieważ po podgrzaniu lub uszkodzeniu mechanicznym jednego ze znajdujących się w nich ogniw łatwo dochodzi do zwarcia. Powoduje ono gwałtowny wzrost temperatury, zapalenie substancji chemicznych w baterii, a potem rosnąca temperatura uszkadza kolejne ogniwa itd. Sytuacji nie poprawia fakt, że płonące baterie wydzielają trujące opary kwasu fluorowodorowego i fosforowodoru.
Co będzie dalej?
Trend zastępowania samochodów spalinowych elektrycznymi coraz bardziej przybiera na sile – warto więc zastanowić się, jak będzie wyglądał transport morski, jeśli więcej przewoźników wprowadzi podobne zakazy, jak Havila Kysruten. Jak na ironię, Norwegia jest w czołówce państw dotujących poruszanie się samochodami elektrycznymi, a jej obywatele ochoczo korzystają ze wsparcia rządowego w tym zakresie (w 2022 roku udział zarejestrowanych tam samochodów elektrycznych wyniósł niemal 80%, a w 2021 roku było to jeszcze 65%).
Jednym z ciekawszych rozwiązań dotyczących problemu transportu elektryków jest pomysł pana Jochena Schäfera, eksperta do spraw elektromobilności Niemieckiego Związku Straży Pożarnych. Jego zdaniem warto rozważyć koncepcję schładzania akumulatorów pojazdów elektrycznych do 60°C oraz przewożenia ich w oddzielnych ładowniach. Być może więc Norwegowie nie będą musieli przesiadać się w portach na benzyniaki i diesle.

