Brak produktów w koszyku.
Wszyscy wiemy, jak się skończyła ta kurtuazja. Czy zatem nie można było przewidzieć, że Niemcy tak naprawdę planują atak na Polskę i zwyczajnie nie wpuścić pancernika do Gdańska? Odpowiedź na to pytanie brzmi: to skomplikowane…
Kurtuazja po niemiecku
Latem 1939 roku Hitler miał już bardzo mocną pozycję. Jak podają źródła historyczne, popierało go aż 70-80% niemieckiego społeczeństwa. Ludziom podobało się, że podniósł kraj z kolan, odrzucił postanowienia Traktatu Wersalskiego, zmniejszył bezrobocie. Nikt nie miał jednak wątpliwości, do czego to wszystko prowadzi.
Prześladowania Żydów w Niemczech były już wtedy powszechne i, co ważne, usankcjonowane prawnie. Poza tym Niemcy ewidentnie się zbroili – gdzie tylko mogli, produkowali urządzenia podwójnego zastosowania. Najlepszym przykładem są samoloty takie jak Heinkel He 46. Oficjalnie były to maszyny rolnicze, w praktyce – bojowe, mające od razu mocowania dla karabinów maszynowych i luki do przenoszenia bomb.
Czy w świetle tych faktów wpuszczenie do Gdańska pancernika Schleswig-Holstein nie było odrobinę lekkomyślne? Prawda jest taka, że Niemcy mieli dwa bardzo wiarygodne preteksty, by nas odwiedzić. Na dodatek 25 sierpnia 1939 nie było jeszcze wojny – więc nie było i oficjalnego powodu, by taką wizytę uniemożliwić bez wywoływania międzynarodowego skandalu.
Pod co Schleswig-Holstein przybył do Gdańska?
W gruncie rzeczy powody tej kurtuazyjnej wizyty były dwa; oba szlachetne i wiarygodne.
Pierwszym z nich była chęć oddania hołdu marynarzom z niemieckiego krążownika Magdeburg. Okręt zatonął w 1914 roku, a część jego załogi została pochowana na cmentarzu w Gdańsku.
Drugim z nich była odpowiedź na… zaproszenie Senatu Wolnego Miasta Gdańska. Trzeba pamiętać, że status miasta był wówczas szczególny, a niemieckojęzyczna część urządziła z okazji tej wizyty wielką fetę. Odwołano nawet zajęcia w niekórych szkołach. Kurtuazyjna wizyta w języku ówczesnej dyplomacji nie była zresztą niczym nadzwyczajnym – oznaczała po prostu rutynowe, partnerskie zawinięcie do portu. Albert Forster, naczelnik okręgu gdańskiego NSDAP, kłamał polskim władzom w żywe oczy. Podkreślał, że na pancerniku nie ma amunicji, a cel wizyty jest przyjacielski. W rzeczywistości pod pokładem Niemcy ukryli sprzęt i broń, a nawet kompanię szturmową Kriegsmarine.
Co ciekawe, atak pancernika na Polskę miał się rozpocząć już 26 sierpnia. Plany zostały jednak zmodyfikowane z powodu nieprzygotowania Włochów oraz podpisania traktatu polsko-angielskiego w Londynie. Czyli sojusznicy jednak coś nam dali – pięć dni pokoju…

