Brak produktów w koszyku.
Naczelny pogania, a ja jak zwykle jestem w niedoczasie. Tej wiosny mam opóźnienia spiętrzone dodatkowo, bo po planowych kursach manewrowych w POLsail Training Centre popędziłem na Wyspę Man celem przygotowania deliwerki. Tu słowo wyjaśnienia, deliwerka to polskie określenie (od ang. delivery – dostawa) oznaczające przestawienie jednostki pływającej z portu A do portu B. Często są to specyficzne rejsy, w których nie ma czasu na zwiedzanie czy dłuższe postoje, bo celem nadrzędnym jest sprawne pokonanie trasy. Na deliwerki powinno się zabierać sprawdzone i świadome załogi, bo rzadko da się odpocząć podczas takich podróży. Osobiście jestem wręcz jawnym przeciwnikiem otwartych naborów uczestników, bo zdecydowanie wolę mieć sprawdzoną ekipę na pokładzie. Pelagia, na którą dotarłem 21 kwietnia po długiej podróży samochodem przez Europę (to w zasadzie materiał na osobny artykuł), to były drewniany kuter rybacki, przebudowany kilkanaście lat temu na jacht motorowy. Kadłub o długości 15 metrów, stalowa nadbudówka (bardzo wygodne wnętrze) i silnik Kelvin Diesel o mocy 180 KM i pojemności niemal 24 litrów podzielonej na sześć cylindrów, wspaniała średnioobrotowa jednostka napędowa, która obraca śrubą o metrowej średnicy. Po kilku dniach serwisów ogólnych (Pelagia stała w porcie niemal nieużywana od czasu pandemii) ruszyliśmy w kierunku zachodniego wejścia na Kanał Kaledoński. Ten szkocki […]

