Dona Paz powstała w japońskiej stoczni Onomichi Zosena w Hiroszimie, w roku 1963. Miała 93,1 m długości, 13,6 m szerokości i mogła rozwijać prędkość do 18 węzłów. Pierwotnie na pokład mogła zabrać 608 pasażerów i jako Himeyui Maru odbywała wycieczkowe rejsy wokół Japonii. W roku 1975 została sprzedana filipińskiej linii żeglugowej Sulpicio Lines, która przebudowała statek na prom i nadała mu równocześnie nową nazwę – Don Sulpicio.
5 lipca 1979 roku, podczas rejsu z Manili do Cebu, na pokładzie wybuchł pożar. Dzięki sprawnej akcji ratunkowej, uratowano wszystkich z 1164 pasażerów i członków załogi. Statek został wyrzucony na brzeg i zniszczenia były tak duże, że jednostka nie nadawała się już do dalszej eksploatacji. Armator wykupił jednak wrak od ubezpieczyciela, wyremontował i ponownie wcielił – pod nazwą Dona Paz – do służby na morzu. Statek dwa razy w tygodniu utrzymywała połączenia promowe na trasie Manila – Tacloban – Catbalogan – Manila.
20 grudnia 1987 roku o godzinie 6.30 Dona Paz wyruszyła w rejs, by po krótkich postojach w Tacloban i Catbalogan, przybyć do Manili o godzinie 4 następnego dnia. Był to ostatni rejs promu przed świętami Bożego Narodzenia, nic zatem dziwnego, że chętnych na rejs było znacznie więcej, niż miejsc. Jednostka mogła pomieścić 1518 osób i na oficjalnej liście pasażerów figurowały 1493 nazwiska – wliczając w to 58 osobową załogę. Tymczasem – dzięki łapówkom branym przez marynarzy na promie – na pokład wpuszczono być może nawet ponad 4 tys osób! Samych dzieci poniżej 4 roku życia, które traktowane są jako 'półpasażerowie', mogą podróżować za darmo i których zwyczajowo nie ujmowano na listach pasażerów, było około 1000! Ludzie spali po dwie, trzy osoby w jednej koi, a na korytarzach i pokładach poukładano maty do spania. Miejsca było bardzo mało, ponieważ podróżni mieli ze sobą ogromne ilości bagażu.
Zapadła jasna, księżycowa noc z 20 na 21 grudnia 1987 roku. Pogoda była ładna, choć morze było wzburzone. Dona Paz płynęła przez Cieśninę Tablas z prędkością ok. 14 węzłów. Odnotowano, że prom po raz ostatni nawiązał kontakt radiowy około godziny 20. Przeczyły jednak temu oficjalne raporty, które jednoznacznie wskazywały, że na statku nie było radia! Około 22.30 jednostka minęła Dumali Point niedaleko Marinduque. Większość pasażerów udała się już na spoczynek. Kapitan oglądał telewizję w swojej kajucie, a wszyscy oficerowie uczestniczyli w jednej z kabin w małym party. Na mostku pozostał jedynie niedoświadczony marynarz. Przeciwnym kursem, z prędkością zaledwie 5 węzłów, płynął tankowiec MV Vector. W jego zbiornikach znajdowało się blisko 1041 ton benzyny, oleju napędowego i nafty, należących do firmy Caltex Philippines.
W chwilę później doszło do kolizji. Vector uderzył w lewą burtę Dony Paz pod kątem około 15 stopni, na wysokości przedniego masztu. W momencie zderzenia, z uszkodzonych zbiorników Vetora, wylały się ogromne ilości benzyny, która rozlała się po wodzie i pokładach promu, prawie natychmiast stając w płomieniach. Na pokładzie Dona Paz wybuchła panika: ludzie bezładnie biegali po pokładach, próbując spuścić na wodę szalupy i poszukując kamizelek ratunkowych. Niestety: żaden z oficerów nie kierował akcją opuszczania jednostki, a kamizelki ratunkowe były zamknięte i nikt nie miał do nich dostępu. Uciekając przed ogniem pasażerowie skakali wprost do wody, która szybko zaroiła się od krwiożerczych rekinów.
Mniej więcej w półtorej godziny od chwili zderzenia, na pomoc przybył przepływający w pobliżu statek MV Don Claudio. Niestety: większość pasażerów w tym czasie już była martwa. Uratowano zaledwie 24 pasażerów promu i 2 marynarzy z 13 osobowej załogi tankowca. Wśród uratowanych – tylko pięć osób znajdowało się na liście pasażerów promu! W pół godziny później Donę Paz zakryła woda. Vector, nim poszedł na dno, utrzymywał się na wodzie jeszcze dwie godziny. Oba statki spoczęły na dnie Cieśniny Tablas, na głębokości ok. 545 metrów.
Co ciekawe, filipiński Cost Guard dowiedział się o katastrofie dopiero po ośmiu godzinach! Kolejnych 8 godzin minęło, nim zorganizowano akcję ratunkową. Przybyli na miejsce ratownicy wyłowili z wody jedynie 108 ciał – w większości zwęglonych i okaleczonych tak bardzo, że nie nadawały się do identyfikacji. Wśród zidentyfikowanych ciał tylko jedna osoba była na liście pasażerów. Przez wiele dni, na plaże okolicznych wysp morze wyrzucało ciała…
Jednym z obowiązkowych elementów wyposażenia każdego statku, są radiostacje VHF przystosowane do porozumiewania się w paśmie 'morskim'. Zastanawiające zatem jest, dlaczego załogi statków nie użyły radia żeby skontaktować się ze sobą w celu uniknięcia kolizji lub powiadomienia straży przybrzeżnej o zaistniałym wypadku. Śledztwo wykazało, że licencja radiooperatora Vectora wygasła, a radiooperatora Dona Paz była zwyczajnie sfałszowana!
Przedstawiciele Sulpicio Lines utrzymywali pierwotnie, że na liście znajdowało się 1493 pasażerów i 59 członków załogi. Jeden z anonimowych urzędników armatora powiedział dziennikarzom, że w okolicach świąt Bożego Narodzenia bilety na prom często były – w niższej cenie – sprzedawane bezpośrednio na pokładzie i takich pasażerów nie umieszczało się na liście. Podobnie jak i posiadaczy darmowych biletów oraz dzieci poniżej czwartego roku życia.
Dziennikarskie śledztwo wykazało, że na liście pasażerów zabrakło co najmniej 2000 nazwisk! Lista ta została opublikowana jeszcze w końcu grudnia 1987 roku na łamach Philippine Daily Inqurier. Po tej publikacji prezydent Filipin – Corazon Aquino powołał specjalną komisje śledczą. Na podstawie akt sądowych i ponad 4100 wniosków o odszkodowania, ustaliła ona, że na promie znajdowało się 4341 pasażerów i 58 członków załogi, z których zginęło 4375 osób. Dodając do tej liczby 11 marynarzy z tankowca Vector, ogólna ilość ofiar osiągnęła 4386 osób. Była to najtragiczniejsza katastrofa morska statku pasażerskiego w czasach pokoju.
Sąd Najwyższy Filipin całą winą za katastrofę obciążył załogę Vectora. Armatora tankowca zobowiązał także do wypłacenia odszkodowania rodzinom wszystkich ofiar katastrofy – bez względu na to, czy znajdowali się na liście pasażerów, czy też nie.


