Brak produktów w koszyku.
Wyobraźmy sobie taką scenę: Morze Bałtyckie, rok 983. Do portu wpływa drewniana łódź, na pokładzie 40 groźnych, żądnych krwi wojowników. Mają prosty plan: zabijają, palą, łupią, wracają do domu. Może po drodze wezmą paru jeńców…
Wszyscy pomyśleliśmy teraz o wikingach, prawda? Tymczasem port, który został wówczas napadnięty, nazywał się Hamburg. A na czele zbrojnego napadu stał książę obodrzycki Mściwój ze swoimi chąśnikami.
Wiciędze czy chąśnicy?
Jedna i druga nazwa odnosi się do morskich wojowników, których możemy roboczo nazwać „słowiańskimi wikingami” – ale możemy to zrobić tylko dlatego, że oddziela nas od nich bezpieczny bufor historii i nie musimy się obawiać, że się zirytują.
Tak naprawdę chąśnicy (albo wciędze) byli znacznie groźniejsi od wikingów. W XI i XII wieku to oni byli główną siłą na Bałtyku i to oni siali powszechny postrach. Regularnie napadali skandynawskie, duńskie czy niemieckie porty. Prawdopodobnie sami nazwali się chąśnikami, bo etymologia tego wyrazu wywodzi się od słów chasa (gromada, zgraja) i chąśba (napad, rozbój). Nazwa wiciędze była nieco bardziej górnolotna: wywodzi się od wyrazu oznaczającego zwycięzca, bohater lub rycerz.
Skąd wiemy, że chąśnicy istnieli?
Pisali o nich kronikarze skandynawscy i niemieccy – wiciędze pojawiają się m. in. w dziełach Saxo Grammaticusa i Adama z Bremy. Wspominają o nich pieśni skaldów. Ciekawym, chociaż nieoczywistym źródłem wiedzy jest fakt, że o południowym wybrzeżu Bałtyku zupełnie NIE wspominają pieśni wikingów. Po prostu ludzie północy bali się tam zapuszczać, a o starciach z wojownikami, którzy stamtąd przybywali, woleli nie przypominać.
Oprócz wspomnianego na wstępie zdobycia Hamburga, do najsławniejszych akcji chąśników należały:
- udział w bitwie pod Svold ok. 1000 roku. Chąśnicy wsparli wówczas duńskiego króla Swena Widłobrodego,
- splądrowanie Konungaheli (Kungälv w Szwecji) w 1136 roku. Tamtejszy kronikarz Snorri Sturluson z grozą opisywał pogrom, jakiego dokonali,
- zdobycie miast Hedeby i Aarhus w 1043 r. i regularne najazdy księcia Racibora na Danię, które doprowadziły do wyludnienia znacznych połaci tamtejszych ziem.
Liczy się PR
Biorąc to wszystko pod uwagę, nie sposób uniknąć oczywistego pytania: dlaczego o wikingach słyszał każdy, a o wiciędzach tylko nieliczni? Powody takiego stanu rzeczy są dwa.
Przede wszystkim Słowianie podchodzili do pracy kronikarzy z dużą nonszalancją (i nadal podchodzą; ile fantastycznych historii mamy do sfilmowania – a ile z nich naprawdę zostało sfilmowanych?). Przełożyło się to na bardzo skąpe rodzime źródła historyczne.
Drugim powodem jest fakt, że mit wikinga narodził się w romantycznej epoce, jaka nastała pod koniec XIX wieku (weźmy jako przykład „Pierścień Nibelunga” Wagnera wystawiony w 1876 r.). Wówczas prosty zbój awansował do roli dzielnego odkrywcy, nieustraszonego morskiego wojownika, który uosabiał nordycką siłę. Przełom XIX i XX wieku to dla krajów słowiańskich nie był złoty okres – za to, jeśli chodzi o ideał dobrze zbudowanego blondyna w nordyckim typie, wkrótce znaleźli się w Europie ludzie, którzy bardzo chętnie oparli się na tym micie.

