Brak produktów w koszyku.
I wcale nie mamy tu na myśli zbyt skrupulatnie pracującej drogówki (zresztą w Tajlandii nikt się nie przejmuje takimi drobiazgami jak kodeks drogowy). Prawdziwym problemem są mundurowi zachowujący się jak mafia.
Jak napisał jeden z naszych zaprzyjaźnionych żeglarzy: „Tutaj policja to zorganizowana grupa przestępcza. A już bandyta w mundurze to najgorszy sort. Nigdy tutaj nie wrócimy, sprawie nadamy rozgłos w kraju – i nie tylko”.
Zwiedzanie Tajlandii – z pokładu i zza kratek
Bulwersująca sytuacja, jaką tu opiszemy, miała miejsce się zakończenie rejsu zorganizowanego w maju tego roku, więc sprawa jest bardzo świeża.
Pełną relację z tej wyprawy będziemy publikować w jesiennym wydaniu magazynu Morze. Serdecznie zapraszamy do lektury – na razie jednak skupimy się na najbardziej szokującym wydarzeniu. Jest ono niepojęte dla ludzi żyjących w cywilizacji, gdzie policja ma pilnować porządku, a nie pobierać haracze.
Jak napisał ów żeglarz w swojej relacji – postanowił nagłośnić to, co się wydarzyło, nie mając nadziei na sprawiedliwość, ale chociaż na rozgłos. Jego rada jest prosta: „Omijajcie Tajlandię szerokim łukiem”.
Co może policja w Tajlandii?
Wygląda na to, że… wszystko. Może na przykład wbić wieczorem do hotelu i zabrać jedną z uczestniczek rejsu pod zarzutem „kradzieży” koszyczka od zabawki podczas dokonywania zakupów. Pretekst jest idiotyczny, dowodów brak – co więcej, oskarżona ma paragon, wszystko jest zapłacone. Policjantów to jednak nie obchodzi, zabierają kobietę na komisariat.
Początkowo żeglarze żywią jeszcze naiwne przekonanie, że wszystko się wyjaśni. Jeden z załogantów ofiarnie występuje w roli translatora – policja ma już jednak swojego człowieka do tej fuchy. Będzie on pośredniczył w pobieraniu haraczu – w przeciwnym wypadku Polka trafi do aresztu.
Oczywiście skipper kontaktuje się z ambasadą, co jednak niewiele daje poza poradą, by brać kopie wszelkich dokumentów. Policja żadnych kopii nie daje. Domaga się za to opłaty w wysokości 250 000 batów, to ok. 27 000 PLN. Natychmiast, gotówką.
Jak to się skończyło?
Załoga stanęła na wysokości zadania – wszyscy skrzyknęli się, by uzbierać pieniądze na okup, chcąc uchronić koleżankę od uroków tajskiego więzienia. Policyjny „tłumacz” pośredniczył zarówno w negocjacjach co do wysokości haraczu, jak i w wymianie pieniędzy w kantorze. Kantor prawdopodobnie był wtajemniczony, bo miał już przygotowaną przeliczoną kwotę.
Tłumacz zaniósł bandytom pieniądze, Polka została wypuszczona… chociaż złodzieje nie potrafili sobie odmówić przyjemności potrzymania żeglarzy w niepewności przez dodatkowe pół godziny. Haracz został podzielony pomiędzy panów w mundurach, tłumacza, a sprzedawczynię, która oskarżyła żeglarkę o kradzież. Happy end?


